Jeden, drugi, trzeci… Powoli idę schodami w dół starając się nie zamykać oczu, starając się nie upaść. Czwarty, piąty, szósty… Jeszcze tylko trzy, potem prosto, kolejne dziewięć stopni i tak kilka razy. Dam radę. W oczach zbierają mi się łzy, przecież to tylko schody. Cholerne schody.
Uciekłam od świata. Schowałam się za przytulną osłoną ciepłej kołdry. Czasami jest różowa, czasem łączy czerń z bielą niezrozumiałą dla nikogo układanką. Róż, czerń i biel – jak swojego rodzaju puzzle, które również i mnie składają w jedną całość. Całość… O ile można w ogóle mówić o całości poukładanej z milionów drobnych, rozbitych kawałków.
Można? Z pewnością, ale czy ma to sens? Odpowiedzi na to pytanie nie znalazłam do dziś. Wciąż jej szukam, choć byłam już tak blisko. Cofnijmy się chociażby o jakiś rok wstecz. Stała praca, szczęśliwy związek, różowa perspektywa nadchodzącej przyszłości. Ówczesna teraźniejszość, o jakiej nawet nie śmiałam marzyć. Zaburzały ją nieśmiało delikatne odcienie szarości, ale moc różu była silniejsza. Nieśmiałe i te bardziej bezwstydne noworoczne plany. Jaki to z perspektywy czasu miało sens nawet, jeśli część udało się zrealizować? Wszystko spełzło na niczym.
Wakacyjna wizyta w szpitalu przekreśliła wszystko. Zaprzeczyła wszystkiemu co znałam, co miałam i w co wierzyłam. Nie tylko zabrała mi grunt spod nóg. Nie tylko popchnęła mnie na ziemię tak, że poraniłam całe ciało. Od stóp do głów. Nawet mój Anioł Stróż zapłakał… Nigdy nie zapomnę tego uczucia. Nie tylko dlatego, że poczułam je pierwszy raz w życiu.
Godzina zero…
Blisko północy. Staram się podnosić zmęczone i wciąż opadające powieki. Kolejny skurcz przeszywa moje podbrzusze – niczym grzmot z nieba uderzający prosto w najczulszy punkt. Wiecie, co ja głupia sobie wtedy myślałam? Przez chwilę nawet, że zwariowałam. Myślałam, że przesadzam, że może niepotrzebnie tam jestem. Po kolejnym skurczu i uderzeniu bólu zmieniłam zdanie. Już po badaniu, lekarka zaprasza mnie na rozmowę. Jej wyraz twarzy i wspomnienie o natychmiastowej konsultacji z ordynatorem sprawiają, że przeszywa mnie okropny, zimny i pełen bólu, paraliżujący dreszcz. Czekam, pełna niepewności i choć serce wali jak szalone, oczy znów próbują się zamknąć.
Jest guz na prawym jajniku. Rozmiar taki, że niestety musimy operować i to jak najszybciej, tutaj nie ma na co czekać. Od razu wypiszę Pani skierowanie. Czy ktoś u Pani w rodzinie chorował na raka?
Słucham? Moje serce przyspiesza, kończyny słabną, przez całe ciało do głowy napiera ogromna dawka ciśnienia, strachu, pośpiechu, niezrozumienia, szoku i rozpaczy. Nie mogę nawet przełknąć śliny, nie mogę ruszyć głową. „Słucham?” – wypowiadam niedbale, z pewnością sepleniąc, czując już gorącą wilgoć w kącikach oczu. Guz jajnika, duży, operacja, narkoza. Chyba ktoś zrzucił na moje ciało ogromny głaz, nie mogę nawet drgnąć, a nad płynącymi łzami nie mam kontroli…
Wdech i wydech. Dziś nic już gorszego się nie stanie, dziś jesteś bezpieczna, wracasz do domu, spokojnie. Spokojnie, słuchaj, co mówi lekarka.
Zaćmienie. Jedynie tak mogę określić swój stan. Szok, poczucie niesprawiedliwości, niedowierzanie, strach, wściekłość. Niczym nici wełny toczące się kolejno do ogromnego kłębka, który koniec końców zasłoni wszystko. Drgającą ręką odpalam papierosa i chwiejnymi nogami zmierzam w kierunku czekającego na mnie samochodu. Widok mojego taty za szybą sprawia, że łzy ciekną jeszcze mocniej, a złość narasta. Znów kręci mi się w głowie. Przecież to niemożliwe. Przecież tu nie chodzi tylko o mnie. To nieprawda, prawda?
Wyniki CA125 i HE4? – było jeszcze gorzej.
Poczucie niesprawiedliwości i ewentualnej śmierci jest ze mną cały czas. Mocno podwyższona temperatura ciała, ból przeszywający na wylot. natłok myśli, rozpacz. Czy ja niedługo umrę? Czy zostawię swojego syna samego na tym świecie? W głowie widzę obraz mojego dziecka nad moją trumną. Płaczę coraz mocniej, ledwo przełykam ślinę – a to wszystko wtulona we włochaty, różowy koc. Mój ulubiony. Nikt nie był w stanie usłyszeć mojego jęku rozpaczy, choć wszyscy wiedzieli o jego istnieniu. Gorące łzy rozpalają moją twarz jeszcze mocniej, to prowadzi do obłędu.
„Kocham Cię, mamo!” – to jak silne uderzenie w twarz, powrót do rzeczywistości, z dala od myśli. Mówiąc „Ja Ciebie też, słoneczko” przełykam łzy i biorę głęboki wdech. Nie potrafię udawać, że się nie boję. Jestem przerażona. Boję się, że stracę wszystko…
„Mamuś, chodźmy na spacer, co? Będzie Ci lepiej…„
Jeden, drugi, trzeci… Powoli idę schodami w dół starając się nie zamykać oczu, starając się nie upaść. Czwarty, piąty, szósty… Jeszcze tylko trzy, potem prosto, kolejne dziewięć stopni i tak kilka razy. Dam radę. W oczach zbierają mi się łzy, przecież to tylko schody. Cholerne schody. Boję się tego, co jest za nimi. A są… ludzie. Pierwszy promyk słońca na twarzy od kilku dni. Otulające ciepło. Ściskam w ręce dłoń mojego syna. Gdyby nie okoliczności, byłoby idealnie. Gdyby nie on, w ogóle nie wyszłabym z domu. Zrobiłam jednak pełny makijaż, ubrałam się przyzwoicie, ułożyłam włosy.
„Widziałaś? Ona nie wygląda na chorą… No, nawet makijaż sobie zrobiła, włosy ładnie upięte.”
Zaciskam usta, boli mnie właściwie każdy krok. Prawą dłonią podtrzymuję brzuch. Uśmiecham się do Kuby, idziemy wolniej. Wrócił jego błysk w oku, to maleńkie szczęście. Dam radę, zrobię to dla niego. Obiecuję mu poleżeć jutro na plaży. Tak, zrobimy sobie zdjęcie na pamiątkę. Obiecuję.
„A widziałaś, jak się ubrała? Kurwa, tak nie wygląda chory człowiek z nowotworem! Spaceruje sobie, a słyszałam, że do pracy nie chodzi, bo ma L4 na coś z brzuchem! A widziałaś, że była nawet z dzieckiem na plaży? I ona jest niby chora?”
Teraz wiem, że to nie schodów się wtedy bałam.






