W tym miesiącu do moich pudełek i kosmetyczki wpadło sporo nowości, ale i kilka pozycji po długim czasie wróciło do łask. Jak się sprawdziły?
Złuszczający zabieg do stóp, Marion.
Głupia ja, głupia ja, głupia ja, ale od początku. Jakieś dwa lata temu wpadł mi w ręce jakiś peeling do stóp. Wiecie, dwie skarpetki napełnione specjalnym płynem, zakładamy na godzinę, a po kilku dniach pozbywamy się niepotrzebnej skóry i odcisków. Efekt tamtego zabiegu był naprawdę imponujący. Zamawiając zabieg Marion spodziewałam się chociaż podobnego efektu. Owszem, skóra się złuszcza i tracimy to, co niepotrzebne – jednak efekt jest zdecydowanie mniej intensywny niżeli w przypadku zabiegu, z którym wtedy miałam styczność. Na moje nieszczęście oczywiście nie pamiętam jego nazwy, a szkoda.

Głęboko oczyszczający płatek na nos, Marion.
Która z nas chociaż raz nie walczyła z wągrami? Bądź co bądź z płatkami oczyszczającymi pod nos spotkałam się pierwszy raz w życiu i zamówiłam je przy okazji wspomnianego wyżej peelingu do stóp. Płatek w użytkowaniu niezwykle prosty – czyścimy nos i na zwilżoną skórę przyklejamy plaster na dziesięć minut, po czym odrywamy go od dołu. I tutaj brawa dla Marion, bo efekt rzeczywiście jest widoczny od razu.

Toner (Poppy Red), La Riche Directions.
O mojej słabości do tonerów i częstych zmian koloru włosów chyba nie muszę wspominać, prawda? „Poppy Red” jest moim ulubionym kolorem. Kiedyś wiele z Was pytało mnie, na ile wystarcza jedno opakowanie. Cóż, przy mojej długości włosów (lekko za ramiona) – potrzebuję prawie dwóch opakowań toneru, aby dokładnie pokryć całe włosy.

Lakier 2 Step System (czerwony), Eveline.
Szukając odpornego na odpryski lakieru na wesele, przypadkowo trafiłam na dwuetapowy lakier od Eveline. Zasada prosta – najpierw malujemy paznokcie czerwonym lakierem, czekamy aż wyschnie i nakładamy żel. „Długotrwały manicure”? Niestety, nie w moim przypadku. Już następnego dnia rano na moich paznokciach pojawiły się pojedyncze odpryski. Efekt może byłby cudowny, gdyby całe dnie leżeć i niczego nie dotykać. Jak dla mnie szału nie ma, niczym nie różni się od zwykłego lakieru. Co oczywiście nie oznacza, że u kogoś innego nie będzie lepiej.

Zabieg regenerujący do rąk, Perfecta.
Uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam. Dłonie po tym zabiegu są tak gładkie i nawilżone, że jest to po prostu niewyobrażalne. I ten cudowny zapach peelingu.



Zielona baza pod makijaż, Delia.
Ach, ile to ja się nasłuchałam o zielonych bazach, o zielonych cieniach korygujących, o tym, że idealne na ukrycie zaczerwienionych miejsc. No produkt jakby stworzony wprost dla mnie. Z marką Delia miałam styczność jedynie dzięki rozjaśniaczom do włosów, więc bazę zamawiałam z ogromnym dystansem – nie wierzyłam, że jej działanie jest naprawdę tak imponujące. Najpierw wypróbowałam ją na rękach, byłam ciekawa czy poradzi sobie z pokryciem blizn. Poradziła. Oszalałam. Na twarzy również sprawdza się po prostu idealnie. Chyba nie zamienię jej na nic innego.

Baza pod cienie do powiek, Wibo.
Do zakupu bazy pod cienie do powiek przekonała mnie Gośka. Wcześniej nie widziałam potrzeby posiadania jej w swojej kosmetyczce mimo tego, że cieni używam regularnie. Czasem moja powieka zdawała się pod wpływem cieni stawać jakby zrolowana. Teraz już tak nie jest. Brawa dla bazy pod cienie!

Cielista kredka do oczu, Lovely.
Pierwszy raz w życiu z jasną kredką do oczu miałam styczność u Gosi. Kiedy zobaczyłam, że rzeczywiście powiększa ona optycznie oko, postanowiłam się w nią zaopatrzyć. Kredka z Lovely sprawdza się całkiem dobrze.

Korektor w płynie Perfect Stay (001 Light), Miss Sporty.
Wreszcie udało mi się znaleźć idealny korektor, którego odcień został stworzony jakby dla mnie. Świetnie maskuje cienie pod oczami, które u mnie naprawdę są tragiczne.

Czerwona konturówka, Lovely.
Wcześniej do malowania ust używałam jedynie szminki i cieniutkiego pędzelka, którym najpierw nadawałam im kształt. Nie widziałam potrzeby posiadania konturówki. Zawsze źle mi się kojarzyło samo to słowo. Z konturówką jest u mnie jak z bazą pod cienie – niby różnica pozornie niewielka, ale efekt długotrwały.

Paletka cieni „Nude make up kit”, Lovely.
Pierwszy raz kupiłam ją jakiś rok temu i pamiętam, że byłam z niej bardzo zadowolona. Pamiętam też jak posypała mi się cała podczas jednej z podróży od Grześka do domu, kiedy jeszcze razem nie mieszkaliśmy. Generalnie paletka w pełni spełniałaby moje oczekiwania, gdyby nie fakt, że… Bardzo się sypie, a dodatkowo Gosia pokazała mi różnicę między intensywnością tych cieni, a chociażby cieni z Marizy.

Czerwona szminka (109 Red Wine), Freedom.
Zakup totalnie przypadkowy, w Pepco. Wiecie, idziecie do sklepu po coś, a wracacie z czymś zupełnie innym. Kolor mnie satysfakcjonuje.


Czerwony błyszczyk (101 Love), Freedom.
Błyszczyk kupiłam razem ze wspomnianą wyżej szminką i muszę przyznać, że świetnie się z nią komponuje. Kolor mega żywy i co najważniejsze – nie klei ust.

Laser rozjaśniający, AA.
Najciekawsze zostawiłam na sam koniec. To absolutny hit tego miesiąca. Cały zabieg składa się z trzech etapów, których wykonanie trwa około trzydziestu minut. Po tym zabiegu moja skóra była zdecydowanie gładsza i po przebudzeniu się rano za każdym razem widzę, że niektóre przebarwienia na mojej twarzy są dużo mniejsze. Oczywiście nie u każdego efekt będzie zadowalający – w końcu na każdą z nas działają inne kosmetyki, prawda? Jednak jak dla mnie jest to absolutny i bezdyskusyjny numer jeden!






No ładne zakupy poczyniłaś :D
Normalnie dumna z Ciebie jestem :D
Widzę, że Gosia jest sprawczynią przynajmniej połowy tych wszystkich dobroci :) I bardzo dobrze! :)