Dlaczego?
Synek mój urodził się z dziwną gulką na podniebieniu, gdy sięgam pamięcią wstecz, wydaje mi się, że widziałam to już w szpitalu – właściwie poczułam, dokarmiając go przez strzykawkę – jednak w całym tym zamieszaniu zapomniałam komukolwiek o tym powiedzieć. Minęły cztery miesiące i w styczniu podczas wizyty szczepiennej uwagę na to zwróciła nasza pediatra, wypisała skierowanie do laryngologa i pojechaliśmy (prywatnie rzecz jasna, bo doczekać się w naszym kraju na wizytę na NFZ, to…). Laryngolog obejrzał gulkę, dotknął palcem, nie powiedział mi co to, tylko, że do usunięcia, pod narkozą całkowitą, że laryngolodzy nie pomogą, bo nie mają sprzętu dla tak małych dzieci… Wypisał skierowanie do chirurga, a ja wypłakałam wtedy całe morze łez. Miałam ochotę uciec gdzieś daleko z Kubusiowym, aby nikt nas nie znalazł, aby operacji nie było… Pojechaliśmy do chirurga, tego dnia zobaczyłam dopiero, co poprzedni lekarz napisał na skierowaniu: nowotwór, nieokreślone tylko, czy złośliwy, czy nie… Pamiętam tą chwilę do dzisiaj, wszystkie dni spędzone dotychczas z Kubusiowym przemykały mi przed oczami jak szalone niczym rozpędzony pociąg. Chirurg dziecięcy odesłał nas znów do laryngologa z powodu takiego, że guz jest w buźce, na podniebieniu – a tymi miejscami zajmują się laryngolodzy. Dodać zapomniałam ,że babcia mojego dziecka od strony ojca – w grudniu minionego roku miała wycinanego raka, w tym samym miejscu. Wcześniej jej guz był wypalany i ciągle nawracał, więc w końcu go wycieli. Na szczęście okazał się niegroźny, ale rak to rak, więc to jeszcze spotęgowało moje czarne myśli. Obierając wszystko w całość odechciewało mi się żyć. Babcię Kuby operował właśnie profesor Stankiewicz, więc pojechaliśmy do szpitala, w którym pracuje (Akademia Medyczna w Gdańsku). I cóż… dziwna wizyta, szybka, szybkie zajrzenie w buźkę dotykanie guza i diagnoza: brodawczak (nowotwór łagodny), do kontroli latem. Oczywiście umysł nie dawał mi spokoju i kilka godzin spędziłam w internecie wyszukując wszystkiego co dotyczy tego dziwnego guza – rzeczywiście, nowotwór łagodny, ale paskudny – cholernie lubiący roić nawroty (po wycięciu w 90% przypadkach wraca ze zdwojoną siłą – przykładowo: dziecko miało jedną gulkę, a wraca ich pięć…). Tak się złożyło, że jakiś czas potem byłam u mojej laryngolog na wizycie z powodu ostrego zapalenia uszu i spytałam ją o te brodawczaki, potwierdziła mi wszystko co przeczytałam – cholerstwo lubiące nawracać. Można albo to zostawić, albo sunąć. Opowiadała mi o przypadku, w którym dziecko miało brodawczaka dokładnie w tym samym miejscu co Kubuś, a gdy zrobiono dokładniejsze badania okazało się, że to biedne dziecko miało tym zawalone jeszcze całe gardło! Słuchając opowieści o przypadkach, z którymi się spotkała miałam ochotę rozpłakać się i uciec…















Boże kochany, popłakałam się razem z Panią….. :( Tak pięknie i szczerze, a zarazem prawdziwie Pani to wszystko napisała. Proszę być dobrej myśli, chociaż to zapewne nie łatwe. Sama w takiej sytuacji pewnie szalałabym z nerwów. No takie niesprawiedliwe, że takie małe i niewinne dzieci muszą cierpieć, a wraz z nimi ich kochający rodzice..
Pani miłość do synka jest przykładem cudownej miłości. Sama nie mam dzieci, a na Pani blog trafiłam przypadkiem, ale właśnie tak wyobrażam sobie miłość matki do dziecka. Szczera, ogromna i bezgraniczna. Dla której jest się gotowym skoczyć w ogień i zginąć w płomieniach.
Trzymam kciuki za Panią i Pani synka, żeby wszystko było dobrze, a (jeśli Pani będzie łatwiej) operacja okazała się niekonieczna. A jeśli się odbędzie, to będę się modlić razem z Panią w jej trakcie, chociaż domyślam się, że w tym czasie Pani będzie klęczeć przed blokiem operacyjnym. Dobrze byłoby, gdyby miała tam Pani ze sobą kogoś bliskiego, kto byłby wtedy z Panią. Samej może być Pani ciężko.
Będę tu zaglądała, bo pięknie Pani pisze i szczerze. Proszę dać znać po wizycie jaka decyzja zapadła.
Pomodlę się za Pani synka. Niech Was Bóg błogosławi.
Marzena.
chyba najpiękniejszy komentarz jaki został tutaj opublikowany do tej pory !
dziękuję serdecznie za tak miłe słowa ! ! ! ! ! i modlitwę.pozdrawiam. :)
Niech się Pani nie zamartwia na zapas, wszystko będzie dobrze!!! MUSI!
staram się ,ale wiadomo ..każdy ma dni gorsze i lepsze :)
Cudowny wpis, mimo, że bardzo smutny. Przepełniony emocjami, aż kipi z gorąca.. Ale co się dziwić, ja płakałam przy zwykłym pobieraniu krwi u córki, a co dopiero wizja operacji pod pełnym znieczuleniem. Mam nadzieję, że nie będą operować Pani synka.. Głowa do góry.
:( też mam nadzieję ,chociaż słowa „poczekamy jeszcze” to tylko przeciąganie ..
Wzruszający wpis. Trafiłam tutaj przypadkiem, czytam i czytam.. wiem co czułaś w tej chwili. Miałam podobną sytuację gdy mój synek miał 3 miesiące,tylko,że u nas to był wodniak jądra, którego jeden ze szpitali chciał operować i powiedział nam,że pewnie jest to nowotwór. Ile ja nocy przepłakałam. Nie zgodziliśmy się na operacje jak się okazało nie potrzebną. Nikomu nie życzę takich przeżyć… Każdy Twój wpis,który przeczytałam… Podziwiam Cię, jesteś wspaniałą, odważną mamą. Ja taka nie potrafię być. Za mało mam w sobie odwagi. Jedyną radością jest mój 1,5 roczny Rysio,mój mały sens życia. A jego tata… jest bo jest, bo nie potrafię powiedzieć 'dość’.
Zostanę u Ciebie na dłużej, dajesz mi pewną siłę. Pozdrawiam